 |
NA TEJ ULICY GO NIE MA
© Copyright by Wojciech
Tochman
MAGAZYN nr 24 dodatek do Gazety Wyborczej nr 137, 2001/06/13,
str. 6
1. Chłopak,
który wysiada teraz z pociągu, jest zmęczony i głodny. Ma
na imię Tomek: chudy, brudny, w żółtym podkoszulku i w dresowych
spodniach. Powinien siedzieć w szkole, ale szkoły nie lubi.
Za godzinę skończą się lekcje: powinien wrócić do domu, odgrzać
młodszej siostrze obiad i trochę się pouczyć. Mama z tatą
chcieliby, żeby Tomek kiedyś skończył studia: - My nie mieliśmy
nic, a nam się udało - powtarzali. - A ty? Z klasy do klasy
ledwo przechodzisz. Osiemnaście lat i albo studia, albo do
roboty!
Tomek ma na razie piętnaście. Uciekł z domu dziesięć dni temu.
Najpierw na osiedle - do kolegów. Tych, z którymi ojciec zabraniał
mu się spotykać.
- To nie jest towarzystwo dla ciebie - krzyczał.
- Obszczymury - tak mówiła o nich matka.
Albo: - Obszczykioski.
Z szuflady rodziców zabrał trzysta złotych.
Koledzy byli zachwyceni. Pił z nimi piwo i obserwował zza
rogu, jak ojciec jeździ w kółko swym drogim samochodem i rozgląda
się za synem. Byłoby niedobrze, gdyby dojrzał Tomka. Był kiedyś
wyczynowym sportowcem, nie pije i nie pali, dogoniłby syna
z łatwością.
- Mój stary jest beznadziejny - mówił Tomek kolegom. - Każe
mi w dżinsach chodzić, w koszuli z kołnierzykiem. Daje szlabany.
Zero wychodzenia, zero telewizji, zero pieniędzy. Koniec tego.
Koledzy pokazywali, jak organizować pieniądze.
- Trzeba pojechać na inną dobrą dzielnicę - tłumaczyli. -
Stajesz pod sklepem i czekasz na lamusa, którego matula wysłała
po masło. Frajer ma kasę. Musisz wystraszyć gnoja. Od razu,
to najważniejsze.
- Jak? - spytał Tomek.
- Dawaj kasę, pedale! Tak ci, kurwa, zajebię, że matka cię
nie pozna! - kolega przybliżył twarz do twarzy Tomka i spojrzał
mu groźnie w oczy. - Tak masz mówić.
- A jak lamus nie chce dać? Albo jak spierdala?
- Dajesz chujowi kilka ostrzegawczych strzałów w nos - wyjaśnił
drugi kolega.
- Wpierdol masz - mówił pierwszy. - Dajesz kasę albo ci, kurwa,
oczy wydłubię nożem, rozumiesz? Do matki, jebany, ślepy nie
trafisz! Tak mów.
- Rozumiem - Tomek pokiwał głową. - Chodźcie, kupimy browar.
Ja mam kasę.
Spał u koleżanki z sąsiedniego osiedla. Jej rodzice akurat
wyjechali na długi weekend. Zostawili córkę samą, bo dobrze
się uczy i ma ich zaufanie. Wolna chata: ona zapaliła świece,
on przyniósł chipsy, colę i litr wyborowej. Wypili.
Potem Tomek przeżył swój pierwszy seks.
- Zrzygałem się na nią - tyle dzisiaj pamięta.
Koleżanka miała żal o te wymioty, jej rodzice mieli zaraz
wracać, po osiedlu krążył radiowóz, w kieszeniach pusto, a
starsi koledzy robili interesy i brakowało im dla Tomka czasu.
- Idź i załatw trochę szmalu - radzili.
- Załatwię - obiecywał Tomek. - Na pewno.
Poszedł na działki, sześć kilometrów dalej. Poczekał, aż się
dobrze ściemni, wybił szybę w niedużym drewnianym domu. Głupio
mu się zrobiło: nigdy wcześniej się nie włamywał.
W środku było luksusowo: stolik, leżaki, tapczan. Położył
się, przykrył kocem i drżał ze strachu, że ktoś go tutaj przyłapie.
W maju działkowicze mają sporo roboty, przychodzą o świcie,
więc wolał nie ryzykować. Przed piątą ruszył na dworzec. Żałował,
że nie wpadł na to, by poszperać w szafkach. Może znalazłby
coś do jedzenia.
Na dworcu bał się policji. Sprawdził, kiedy odjeżdża pociąg,
schował się w toalecie. Gdy nadszedł czas, przemknął do wagonu.
Nie miał biletu i tu zamknął drzwi w toalecie. Jechał tak
trzysta kilometrów. Nawet niezbyt często ktoś się dobijał.
- Dajesz kasę, pedale?! - ćwiczył przed lustrem. - Albo wpierdol!
Matka cię nie pozna!
Przysnął może na dziesięć minut, ale co to za spanie na sedesie.
Teraz stoi przed Dworcem Centralnym i zadziera głowę do góry.
Nigdy wcześniej nie widział tak wysokich szklanych wieżowców.
Pogoda jest ciepła i słoneczna. Warszawa Tomkowi całkiem się
podoba (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk - do tych
miast ciągną zewsząd nastolatki na gigancie).
- Skąd jesteś?- pyta ruda piegowata dziewczyna. - Ja z Siedlec.
Sandra. A to jest Aneta.
- Macie coś do jedzenia?
2. Rodzice Tomka w najbliższym komisariacie
zgłosili zaginięcie syna. Wzrost 178 cm, włosy blond, oczy
niebieskie.
- To ucieczka - powiedzieli.
- Niech no go tylko złapiemy - ucieszył się policjant. - Nastraszyć
smarkacza czy bezstresowo dostarczyć od razu do domku? Jak
państwo sobie zażyczą, tak będzie.
- Dostarczyć od razu - powiedziała matka po sekundzie namysłu.
W drodze do domu zastanawiali się, jak przyjąć Tomka, kiedy
wróci.
- Przez tydzień na dupie nie usiądzie - zapowiedział ojciec.
- Lanie jest wyrazem bezradności rodziców. Tak mówili w telewizji.
Patrz, mieli rację. Gdzieś popełniliśmy błąd. Mówią, że błąd
zawsze jest w domu.
- Za szybko komputer! - denerwował się ojciec. - Internet,
gitara, rower...
- Komputer miał obiecany za trójkę z niemieckiego, rower za
matematykę...
- I wszystko zostawił! Tyle są dla niego warte nasze nagrody.
I żadnych obowiązków nie ma. Afera o każde wyrzucenie śmieci.
Według danych policji w roku 2000 przyjęto dwadzieścia tysięcy
zgłoszeń o zaginięciu człowieka. Co drugi zaginiony nie skończył
osiemnastu lat. Większość niepełnoletnich zaginionych (nie
ma dokładnych danych: siedem do dziesięciu tysięcy rocznie)
to uciekinierzy z domów. Dziewczyna (chłopak) odchodzi z domu,
bo nie chce w nim dłużej być, nie ma powodu.
Uciekają nastolatki nie tylko z rodzin, gdzie jest przemoc
i alkohol. Także (może nawet częściej) z tzw. normalnych (dobrych,
przyzwoitych), gdzie nie ma krzyku i przemocy, gdzie codziennie
jest obiad i ciasto w niedzielę. Ale jest też rygor i nadmierna
kontrola; nie ma czasu dla dziecka; jest konflikt między rodzicami;
napięcie i pozorna grzeczność. Albo cisza. Brakuje wsparcia
ze strony rodziców, gdy dziecku źle idzie w szkole (wspierają
nauczyciela, a nie dziecko). Bywa że nastolatek ucieka, bo
nie akceptuje go grupa rówieśnicza. Albo prześladuje. Rodzice
nie potrafią przed tym dziecka ochronić, bo zwykle o niczym
nie wiedzą.
Najkrócej: dziecko odchodzi, kiedy w domu czuje się samotne.
Tak mówią psycholodzy.
Rodzice Tomka czekają na wiadomość z policji: dwa dni, tydzień,
już dwa tygodnie. Udało im się ustalić, że przez pierwsze
kilka dni Tomek był widziany z kolegami na osiedlu. Potem
zniknął. Koledzy nie wiedzą, dokąd poszedł.
Ona płacze po nocach. On to kładzie się, to wstaje. Rozmawiają
o pierwszej w nocy, o trzeciej, o piątej nad ranem.
- A za coś ty mu obiecała perkusję?
- Że jeśli przejdzie do następnej klasy...
- No to przynajmniej na tym oszczędzimy. Ten rok na pewno
zawali.
- Że on nie ma nad nami litości. Syneczek nasz kochany, cholera
jasna. Ja się chyba przez miesiąc do niego nie odezwę, kiedy
wróci.
- Wróci, musi się w końcu zmęczyć.
- Co on tam je? Gdzie śpi? A może wcale nie uciekł? Marian!
Może gdzieś leży zabity! Przecież tak naprawdę nie miał żadnego
powodu, żeby uciekać.
- Przestań.
- Pójdziemy do psychologa! Już dawno o tym myślałam. Może
nam powie, gdzie popełniliśmy błąd.
- Nie będę latał po psychologach.
3. Ruda:
Mam na imię Sandra, ale wolę, kiedy wołają na mnie Ruda. Ruda
to jest porządna, mocna dziewczyna, a nie jakaś plastikowa
laleczka. Który raz uciekłam? Siódmy albo ósmy. Jestem giganciarą
na maksa - dziecko samotnej matki, ale matka mnie już nie
szuka. Jej problem.
Anety rodzice szukają, podobno byli w telewizji i nawet za
nią płakali. Mówię: - Aneta, ty wracaj. Ale ona twierdzi,
że ich płacz to jedna wielka zmyła. Jej starzy to pijaki:
murarz tynkarz i bezrobotna kelnerka. Niezła parka musi z
nich być. Przemoc domowa, czy jak wy to w tych gazetach nazywacie...
Aneta mało mówi. Wie dobrze, że ucieczka to szkoła przetrwania.
Kurwa, głęboka woda, nie ma co ukrywać. I albo błyskiem nauczysz
się życia, albo lepiej nie mówić. Tomek niewiele wie. To dzieciak,
choć starszy ode mnie o rok. Od razu widziałam, że uciekł
z domu. Stał jak sierota i nie wiedział, dokąd iść. Takich
zagubionych widać na odległość, są łatwym kąskiem. Na ucieczce
sam człowiek nie przetrwa, nie ma takiej siły, musisz być
w grupie. Podeszłam do niego, bo ładną ma buzię i jeszcze
ktoś inny mógłby się nim zaopiekować. Pełno takich na dworcu
starych pedofili, koło flipperów się kręcą. Szkoda go na lachociąga.
Mówi, że jest dresiarzem, ale to jakaś ściema. Zwykły lamus,
który się urwał mamusi. Mówi, że matka daje mu na chipsy,
ale nie daje ze sobą pogadać. I że on taką matkę ma w dupie.
Odbiło mu, rozum stracił. W domu wszystko ma, a tu głodny,
bez grosza przy duszy. Dureń.
Musiałam go uczyć, jak sępić. Nie chciał, wolał skroić młodszego
frajera. A może tylko tak gadał? Bo on chyba odważny nie jest.
No i dobrze, bo po co się narażać? Ja sępię przed empikiem
na Marszałkowskiej, razem z Anetą. Tam jacyś wrażliwsi chodzą,
i dziennie ponad stówę wyciągam. Tomek przyłączył się do nas.
Kiepsko mu szło przez pierwsze dwa dni, bo się krępował. A
komu sępienie kiepsko idzie, ten musi kraść albo się kurwić
na dworcu.
Tomek sępił na chleb albo na bilet do domu. Nikt nie pyta,
dlaczego, ale też rzadko kto daje. Trzeba prosić na piwo.
Od razu wyciągają portfele, zwykle tacy niebogaci-niedomyci,
co z książkami idą.
Jak jest chłodniej, to śpimy na Kwiatkowskiej. Gdzie jest
Kwiatkowska? To klatki schodowe, ostatnie piętro, gleba. Dzwonisz
domofonem i mówisz, że pod dziesiątką nie działa. I wpuszczają.
Ale trzeba spać cicho, bo kiedy hałasujemy, lokatorzy wołają
gliny. Tak jak dzisiaj w nocy: - Dzwonię na policję! - darła
ryja jakaś kurwa w szlafroku, bo śmialiśmy się za głośno.
No to zmyliśmy się, lepiej nie ryzykować. Tylko że o drugiej
w nocy trudno wejść do innej klatki. Nie zadzwonisz domofonem,
bo ludzi zbudzisz i opieprz dostaniesz. Nikt cię nie wpuści.
Po ulicach strach chodzić, bo albo radiowóz, albo menele.
I na dworcu lepiej nie. Tam bez przerwy ktoś się drze, kogoś
biją, zimno, przeciągi, pociągi i stu amatorów na nasze młode
dupy. Tam nie wszędzie są ludzie. Są miejsca puste, których
musisz się strzec.
I na patrol trzeba uważać: suka, izba dziecka, pogotowie opiekuńcze...
Nie raz tam byłam, nie dwa i, kurwa, dziękuję.
Na ucieczce musisz ciągle główkować, jak nie wpaść w coś gorszego.
Nikt się tobą nie opiekuje, sam za siebie odpowiadasz i to
jest w tym wszystkim najstraszniejsze.
Wsiedliśmy do nocnego autobusu, co było robić. Wcześniej zjaraliśmy
się ziołem, ale coś kiepskim, bo słabo mnie ruszyło. Anetkę
bardziej, ale ona słaba. Tomek też wymiękł, jakby pierwszy
raz palił. Kursowaliśmy tak z centrum na Chomiczówkę i z powrotem.
Zero spania. Tylko strach, że jakieś skinole wejdą. Oni takich
bezdomnych jak my na odległość wyczuwają i chcą z nas oczyszczać
społeczeństwo.
4. Zaginieni (nie wiadomo, co się
z nimi dzieje):
Dawid Żuryński z Wrocławia. Zaginął na początku maja tego
roku. Ma 13 lat.
Anna Barwina ze Szczecina. Zaginęła w marcu. Ma 16 lat.
Wioletta Hilaruk z Radzionkowa. Zniknęła w październiku 2000
r. Miała wtedy 14 lat.
Olga Łuczyńska z Warszawy. W sierpniu, dwa lata temu. Wtedy
15.
Michał Karaś z Ulanowa. W sierpniu, dwa lata temu. Wtedy -
16 lat.
Paweł Zieliński ze Słubic. W lipcu dwa lata temu. Wtedy -
14 lat.
Aleksandra Litwińczuk z Kolonii Niewirków. We wrześniu trzy
lata temu. Wtedy - 13 lat.
Agnieszka Gromelska z Żuromina. Zaginęła dziesięć lat temu,
w maju. Miała wtedy 14 lat.
I tak dalej.
5. Ruda:
Rano kupiliśmy jedzenie, browar. Szliśmy kawał drogi, bo kiedy
jesteś na ucieczce, to chodzisz, a nie jeździsz. Trzydzieści
kilometrów dziennie, czterdzieści. Żeby zabić czas. Stała
trasa: Centralny, Chmielna, Nowy Świat, Krakowskie, Rynek.
Na Barbakanie sporo znajomych. Można skołować coś do palenia.
Znowu Chmielna, znowu Marszałkowska, dworzec, Pola Mokotowskie.
Pola to ogromny park, policja tu nie zagląda, położyliśmy
się na trawie.
I tak leżymy już szóstą godzinę. Jest ciepło, nic ci nikt
nie każe, nie zrzędzi. Tylko Tomkowi zebrało się na pytania.
Powiedziałam mu, bo czego się wstydzić. Ojca widziałam może
raz w życiu, za to matkę zbyt często, bo codziennie. Czepiała
się mnie od dziecka. O co? O wszystko. O szkołę, o koleżanki,
że za bogate i wodę mi z mózgu robią. Faktycznie, matka nie
ma kasy, bo frajerka. Woźna w szkole, to jest, kurwa, profesja
na XXI wiek! I tak niedługo przestanie pracować, bo szkoła
wprowadza oszczędności. Nie wiem, co matka wtedy zrobi. Mieszkamy
w takiej kamienicy, gdzie butelki z okien lecą, a po drewnianych
schodach strach iść, tak są spróchniałe. Miejskie slumsy,
kwaterunek. I ja mam tam zostać? Klepać biedę? Z trójką młodszych
siostrzyczek? O nie! Matka tyle zarabia na miesiąc, co ja
tutaj w pięć dni. Gdybym przy niej została, to ani się ubrać,
ani na dyskotekę pójść. Nie pójdę się zabawić, to o czym będę
na drugi dzień z dziewczynami rozmawiała? O lekcjach?
Tomek pyta, jak jest na ucieczce. Zajebiście. Do czasu. Aneta
coś o tym wie, ale zamknęła się jak grób i udaje, że śpi.
Nie chce mi się już dzisiaj gadać. Boli mnie brzuch, ciotka
przyjechała. Zapomniałam kupić podpaski, kurwa. Pogoniłam
Tomka do jakiejś knajpy, żeby przyniósł z toalety papierowych
ręczników. Im lepsza kawiarnia, tym ręczniki bardziej miękkie.
Nieraz mnie ratowały. Zobaczymy, co przyniesie. Muszę się
umyć w tym bajorze, niech się tylko ściemni. Najważniejsza
jest higiena, inaczej staczasz się w syf. Na ucieczce to najgorzej
jest z myciem. Wysrać się łatwo, podmyć trudniej.
Gdzie ten Tomek?
6. Rodzice Tomka siedzą teraz na fotelach
w gabinecie psychologa. Przyszli zapytać o błąd.
Tymczasem uczniowie gimnazjum na warszawskim Bemowie (którzy
nie znają ani Tomka, ani jego rodziców i z domu nigdy nie
uciekali) zapytani o to, dlaczego ich rówieśnicy uciekają,
odpowiadają tak:
bo czegoś się boją,
bo nikt ich nie rozumie,
bo chcą spróbować nowego,
bo chcą poprawić swą sytuację,
bo im jest nudno.
Poproszeni o napisanie, z czym kojarzy im się ucieczka, piszą:
wolność, swoboda, przygoda, odlot, zabawa, browar, wagary.
Ale też: kłótnia z najbliższymi, strach, policja, noc, poszukiwania
przez rodzinę, zniewolenie, izolacja, zimno, dworzec, smród.
Pytania nastolatkom zadawali trenerzy - wolontariusze Centrum
ITAKA w czasie warsztatów "Nie uciekaj", które fundacja
prowadzi w szkołach.
Trójka uczniów - na prośbę prowadzących - położyła się na
trzech wielkich płachtach papieru pakowego. Koledzy odrysowali
kontury ich postaci. Narysowani ludzie - wyobraźmy sobie -
śpią na dworcu, bo nie mogą spać w domu. Teraz uczniowie kolorowymi
pisakami mają uzupełnić wizerunek postaci: nadać im wiek,
płeć, styl. I do każdej z nich napisać historię z odpowiedzią
na pytanie: dlaczego uciekł/uciekła z domu?
Grupka uczniów rysuje chłopaka w krótkich spodniach i czapce
bejsbolówce. I wymyślają mu taką historię: "Mam na imię
Ziutek, mieszkam w Warszawie. Słucham hip hopu. Moi starzy
są dziani, ale poświęcają mi mało czasu. Moja mama jest lekarką,
a ojciec siedzi za granicą. Interesuję się sportem i muzyką.
W wolnym czasie gram w kosza z kolegami. Kumple piją i ćpają.
Uciekłem z domu, bo miałem wiele powodów, by to zrobić. Koledzy
nie akceptowali mnie, bo nie piję i nie palę. W szkole nauczyciele
mnie nie doceniają, a rodzice nie odwzajemniają moich uczuć.
Nie miałem gdzie pójść, czułem się zagubiony, nie wiedziałem,
co ze sobą zrobić. Wtedy poszedłem na dworzec, by coś zjeść
- już tam zostałem".
Narysowana dziewczyna (spodnie w kwiaty, koszulka z napisem
"Drugs", papieros) ma na imię Zuza: "Mimo że
ma wszystko - tak zmyślają uczniowie - brakuje jej miłości.
Szuka akceptacji w złym towarzystwie".
Trzeci narysowany - syn szanowanego biznesmena: "Ojciec
porzucił mnie i moją matkę - bezrobotną pielęgniarkę, gdy
miałem dwa dni. Mieszkam w mieszkaniu komunalnym na Jelonkach.
Żyło nam się dobrze, dopóki nie poszedłem do szkoły. Poznałem
tam Stefana, Stefana Mocnego. Zapoznał mnie on z prawdziwym
życiem, dał mi pierwszego browca, papierosa i nokię 3310.
Nikt w klasie poza nim mnie nie lubił".
I tak dalej. Dzieci, które nigdy nie uciekły z domu, potrafią
odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Takie spotkania (bardziej
w formie zabawy niż prelekcji) są organizowane przez ITAKĘ
nie tylko dla uczniów, ale także dla ich nauczycieli i rodziców.
Uczniowie i nauczyciele z Bemowa chętnie wzięli w nich udział.
Na warsztat zaproszono również rodziców wszystkich dwustu
uczniów. Przyszły cztery matki.
Matka i ojciec Tomka opowiadają teraz pani psycholog o tym,
co ich spotkało. Psycholog długo słucha, kiwa głową, zadaje
jakieś pytania, rozumie niepokój rodziców. Potem rozmowa wygląda
tak (w skrócie):
- Dlaczego nie rozmawialiście z synem?
- Rozmawialiśmy.
- To nie była rozmowa. To kontrola. System kar i nagród. Zakazy
i szlabany. Masz być taki jak my. Masz się ubierać tak, jak
my chcemy. Może Tomek czuł się tym wszystkim upokorzony?
- Robiliśmy mu przyjemności - mówi ojciec. - Na weekend wyjeżdżaliśmy
zawsze na wieś, żeby go zabrać z osiedla.
- Koledzy z podwórka czy, jak państwo wolą, te obszczymury,
dali mu coś, czego w domu nie dostał.
- Co takiego? - ojciec aż podskakuje.
- Może akceptację.
- Jak można zaakceptować wagary i jedynki?
- Pewnie myślał, że nigdy nie będzie taki jak pan: wysportowany,
mądry, bogaty. Pan się wyrabia w życiu, on nie. I postanowił
wam to pokazać, jak umiał. Uciekł. Muszą państwo zrobić rachunek
sumienia.
- Proszę? - ojciec nie rozumie. - Rachunek sumienia? Ja?
- Trzeba się zastanowić, co pan takiego zrobił synowi, że
on od pana ucieka.
- Przepraszam - ojciec wstaje. - Nie mogę tego słuchać. Co
ja takiego zrobiłem synowi? Czy ja jestem jakiś nienormalny?
Bzdury pani opowiada. Wychodzimy.
7. Za godzinę północ. Tomek gdzieś
przepadł, Ruda wciąż czeka na papierowe ręczniki.
- Gdzie on polazł?
- Mam kilka chusteczek, weź - Aneta rozgląda się po parku.
- Powinniśmy się stąd zmywać. Nie lubię, kiedy jest ciemno.
Będzie padać.
Aneta (drobna blondynka z twarzą aniołka) uciekła z domu miesiąc
temu. W domu przeżyła wiele złego, ale na ulicy jeszcze więcej.
Ściślej: zaczęło się na dworcu. Nie w Warszawie, w innym dużym
mieście.
Wysiadła z pociągu, wyszła przed dworzec i rozglądała się
bezradnie. Nagle, choć może nie zdawała sobie z tego sprawy,
zobaczyła świat, na który nie była przygotowana: świat prawdziwy
i porywający (uśmiechnęła się), ale też trudny i groźny (dreszcze).
Nie towarzyszył Anecie nikt dorosły, kto mógłby ją tą drogą
bezpiecznie poprowadzić, skomentować, ostrzec: stój! uważaj!
to się wydaje atrakcyjne, ale takie nie jest. Spróbujesz -
później za to zapłacisz.
Podszedł chłopak (mężczyzna raczej): miły, przystojny, fajnie
ubrany.
Zaproponował kawę i ciastko. Ktoś po raz pierwszy w życiu
odezwał się do Anety ludzkim tonem, więc zgodziła się z uśmiechem.
Przy kawiarnianym stoliku spostrzegła, że jest okradziona.
Miała sto złotych, zbierane od miesięcy potajemnie (rodzice
zabraliby jej na wódkę). Rozpłakała się prawie, ale nowy kolega
powiedział, że to nie problem.
- Na pieniądzach świat się nie kończy - powtarzał kilkakrotnie.
Spędzili razem kilka godzin. Zjedli nie tylko ciastka, ale
i kanapki. Aneta opowiadała nowemu koledze o pijanych rodzicach
(murarz tynkarz i bezrobotna kelnerka). Kolega pytał o szczegóły,
ale ona nie miała ochoty mówić, jak ojciec kablem bije swoje
dzieci. Matki nigdy nie tknął, co często podkreśla przy wódce
("Nie jestem damskim bokserem").
Na dworze zrobiło się ciemno, zimno, zaczęło padać.
- Ile masz lat? - spytał nowy kolega.
- Skończyłam piętnaście.
- Przenocujesz się u mojego znajomego, dobrze?
- Nie, ja pójdę...
- Niczego się nie obawiaj, to starszy gość, nic ci nie zrobi.
Zapukali do mieszkania w przyzwoitej kamienicy. Znajomy był
miły i rzeczywiście starszy (chyba po pięćdziesiątce). Dał
Anecie ręcznik, wskazał łazienkę i pokój.
Nie miała ochoty na kąpiel, ale uznała, że skoro w eleganckim
świecie ktoś daje gościowi ręcznik, należy z niego skorzystać.
Kiedy się kąpała, słyszała, jak kolega rozmawia z gospodarzem.
O czym - tego usłyszeć nie mogła. Wytarła się, ubrała, wyszła
z łazienki, w przedpokoju ich już nie było, przemknęła więc
do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Kiedy zobaczyła pościelone
wzorowo łóżko, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Zasnęła
natychmiast.
Ale nie na długo. Obudził ją wielki ciężar. Starszy miły pan
leżał na niej i sapał. Próbowała krzyczeć, ale zasłonił jej
usta najpierw swą wielką dłonią, a potem wepchnął jej swój
obleśny język. Chciała się wyrwać, ale był zbyt silny. Miał
wielki brzuch, śmierdzący oddech i kilka innych wstrętnych
rzeczy (tak Aneta opowiadała Rudej, musiała się komuś wypłakać).
Wszystko trwało pewnie parę minut, dla Anety wieczność.
- Słabo współpracujesz - powiedział miły pan, kiedy skończył.
- Szkoda, może bym cię zatrzymał na trochę. O! Poplamiłaś
mi prześcieradło. Zabieraj się stąd, mała.
Płakała, chciała jak najszybciej wybiec, umyć się. Albo najlepiej
powiesić. (W ubiegłym roku blisko dwustu niepełnoletnich skutecznie
popełniło samobójstwo. Nie wiadomo, ile samobójstw zdarzyło
się w czasie ucieczki. Tego statystyki nie podają. Wiadomo,
że w 75 przypadkach powodem - określonym przez policję - były
problemy w szkole).
- Policja jest na sąsiedniej ulicy - powiedział starszy pan.
- Ale nie radzę. Masz skończone piętnaście lat, tak? Powiem,
że sama chciałaś, kochanie. Mała kurewko. No, dobranoc.
Stanęła na schodach: obolała, z ciuchami w garści. Ubrała
się i powoli wyszła na ulicę nieznanego miasta. Była druga
w nocy. Usiadła na ławce. Padał deszcz - najlepszy prysznic.
I teraz zaczyna padać. Tomka wciąż nie ma, dziewczyny biegną
na przystanek i wsiadają do nocnego, który jedzie na Kabaty.
Znowu będą kursować do rana.
- Co z Tomkiem? - martwi się Ruda.
8. U rodziców Tomka dzwoni telefon.
Wiadomość z pogotowia opiekuńczego: syn zatrzymany wczoraj
w okolicach Pól Mokotowskich "czeka na odbiór".
Wcześniej ktoś go pobił, ma trochę fioletowe oko, nic groźnego.
Ojciec prosi syna do telefonu.
- Halo - mówi Tomek.
- Cześć. Mam jechać po ciebie?
- Jak chcesz. Nie musisz.
- Tak źle ci było w domu? - ojciec pyta spokojnie.
- A nie wiesz, jak było?! - Tomek podnosi głos. - Nawet muzyki
nie wolno mi było słuchać!
- Bo miałeś złe oceny. Wagarowałeś.
Ojciec wsiada w samochód i pędzi do Warszawy. Postanawia,
że w pogotowiu opiekuńczym powstrzyma nerwy. Potem kilka pasów
musi być.
Matka zostaje w domu. Robi sałatkę z kalafiora, którą Tomek
lubi. Włącza komputer i pisze:
"Plan dnia.
1. Szkoła.
2. Godzinny odpoczynek, w trakcie którego nie można grać na
gitarze.
3. Nauka.
4. Zdanie lekcji rodzicom, tak aby nie było wątpliwości co
do mojej wiedzy.
5. Gra na gitarze do godziny 20.
6. Umycie się do godziny 22.
Nieobecność w szkole nieusprawiedliwiona jest równa 10 zł.
Potrącane przy odbiorze kieszonkowego. Ocena pozytywna jest
równoważna godzinie grania w określonym przez rodziców terminie,
a ocena negatywna będzie równa skróceniu grania o godzinę.
podpisy rodziców,
podpis Tomka
data..."
Mijają trzy godziny, ściemnia się. Z Warszawy dzwoni ojciec.
- Słuchaj! - krzyczy do żony. - On uciekł z tego pogotowia!
- Uciekł?
- Tak, tu są otwarte drzwi, wychodzą na spacer.
- Może ktoś wie, dokąd poszedł.
- Pytałem gówniarzy. Śmiali się. Kazali mi szukać na Żurawiej.
Tu podobno przychodzą uciekinierzy.
- Tu?
- Jestem tutaj, na tej ulicy. Rozumiesz?
- Nie rozumiem. I co?
- Na szczęście Tomka tu nie ma.
- Jak to na szczęście?! Marian, co ty mówisz?
- To jest ulica męskich prostytutek.
9. Ruda:
Nie ściemniam. Nie wiem, gdzie jest Tomek. Nie ma go ani na
Polach, ani na Barbakanie. Gdyby chciał mnie znaleźć - wie,
że codziennie sępimy z Anetą, tam przed empikiem. Może uciekł
z Warszawy? Podobno we Wrocławiu jest teraz fajnie. Może znalazł
tam dobry squot i nocuje. Squot to stara fabryka, jakaś hala,
pustostan... czy jak to nazwać. Tam mieszkają bezdomni. Ale
nie lumpy z dworca. Fajni, po dwudziestce. Grają na gitarach,
śpiewają, nic nie muszą, nie przeszkadzają nikomu. No, skinole
ich tępią, walą bejsbolami.
Ale squotersi wyganiają małolatów, bo małolaty ściągają policję.
Po co policja squotersom?
Jak będę coś wiedziała - dam znać.
Prośbę mam jeszcze, bo Aneta coś się źle czuje. Ona nie powie,
ale ją boli. O lekarza chodzi, co nie zakapuje. Bo z tym chujem,
co ją zgwałcił, to był dopiero początek. Musiała się gdzieś
zaczepić. Zmieniła miasto, znów dworzec. Poznała fajną grupę.
Tak było, Aneta? Tak mówiłaś? Głupia. Uciekasz od starych,
bo czegoś ciągle chcieli i pakujesz się tam, gdzie też czegoś
chcą. To był gang. Na każdym dużym dworcu takich gangów jest
kilka. Chłopaki, starsze, po kryminale już. Jest szef i jest
reszta. Kradną, handlują dragami, a swoje dziewczyny wysyłają
na zarobek. Aneta, ilu miałaś dziennie? No i swędzi ją teraz
tam. I coś cieknie białego, jak ser. Ona się wzbrania, ale
trzeba z tym zrobić porządek.
Aneta zwiała stamtąd i wylądowała w Warszawie. A ja, jak ta
głupia, chodzę pod dworzec i wyłapuję takie sieroty. Gówniarze!
Głupki! Ich rodzice szukają, po telewizjach dzwonią, po gazetach.
Ktoś się o nich martwi. A ja? Zawsze wiem, kiedy jest ten
program o zaginionych. Sterczę na dworcu, gapię się tam w
telewizor. Czekam, że matkę zobaczę. Głupsze od niej tam się
pokazują, moja jest wygadana. I nic! Nie ma jej. Ja bym wróciła,
ale niech ona mnie poszuka, jebana.
|
|